ECHA TYGODNIA: MAGIA NOWOCZESNOŚCI I LEŚNE DZIADKI

Ford in Frankfurt 2013 Tim Bishop/Ford of Europe

W Detroit – historycznym mieście motoryzacji, dziś bankrucie – zakończył się salon samochodowy. NAIAS był oczywiście wydarzeniem, nie zabrakło premier i koncepcyjnych samochodów.

Europa ma swoją Genewę w marcu oraz naprzemiennie Frankfurt nad Menem lub Paryż we wrześniu. Amerykanie zaś Los Angeles w listopadzie lub na początku grudnia (21 – 30.11.2014) oraz Detroit w styczniu. Oczywiście na obu kontynentach nie brakuje pomniejszych targów, ale właśnie te wymienione powyżej wskazują trendy na najbliższą, ale także ta dalszą przyszłość.


Zobacz także:
NASZYM ZDANIEM


Oczywiście dla klientów zawsze najważniejszy jest lokalny salon. Interesująco jest popatrzeć na nowości innych rynków, ale bliższa ciału koszula – kupuje się to, co jest dostępne u siebie. Globalizacja w motoryzacji powoduje jednak, że dla wszystkich koncernów otwarty i ważny stał się cały świat. Szczególnie rynki wschodzące oraz te, które po kryzysie powracają „do gry”. Stąd europejscy producenci za miejsce debiutów obierają też Moskwę, Delhi, Pekin. Walczą w Tokio i Detroit, bardzo poważnie traktują zupełnie do niedawna zaniedbane rynki afrykańskie. I vice versa Japończycy nie tylko sprzedają, ale produkują w Europie, Koreańczycy budują duże stoiska wystawiennicze w Ameryce Północnej. Nawet Chińczycy zaczęli produkować ostatnio bezpieczne samochody.

Świat się zmienia. I motoryzacja też. Opłaca się stawiać fabryki na wszystkich kontynentach, bo to oszczędza koszty. Auta mają różne nazwy, inne wyposażenie, nawet wygląd – ale wspólna jest płyta, podzespoły. I coraz więcej jest aliansów: tych bardzo bliskich (np. Nissan – Renault), ale też tylko takich nastawionych na pojedyncze modele czy też silniki. Kryzys dał wszystkim w kość, teraz trzeba się odbudować, często od początku zdobywać posiadanych wcześniej klientów. Konkurencja jest bardzo duża – stąd tak częste zmiany i face liftingi modeli, dziesiątki wersji, wreszcie – szukanie miejsce w niszach lub przyszłościowych rozwiązaniach. Ciągła walka, lobbowanie: a to ekologia – elektryczne i hybrydy, a to oszczędniejsze, ale nie mniej dynamiczne silniki. Walka o ulgi podatkowe, darmowe parkingi, wjazd do centrum miast dla określonych kategorii pojazdów.

Mobilność, ale także samochody przyszłości: same parkujące, jeżdżące, hamujące gdy „wyczują” niebezpieczeństwo. Coraz więcej ze Stanisława Lema, a mniej z przyjemności jazdy. Bo często zamiast jeździć – stoimy w korkach, szukamy miejsca do zostawienia auta lub też mandatami z fotoradarów łatamy dziurawe budżety rządu i samorządów…

Trwa prawdziwa zima, więc kiedyś przyjdzie wiosna. Z dziurami na lokalnych drogach, na których obrywać będziemy sobie zwieszenie, niszczyć koła i opony. Bo jeśli chodzi o drogi główne – zmieniło się na nich w ostatnich latach bardzo wiele na plus. I każdy, kto twierdzi inaczej – kłamie! Oczywiście denerwujemy się, gdy słyszymy, że 19-kilometrowym odcinkiem z Kowala do Włocławka, który miał być gotowy w styczniu, pojedziemy najprawdopodobniej dopiero w połowie roku. Szlag nas trafia, gdy słyszymy, że firma zbankrutowała, potrzebny jest nowy przetarg, że coś tam zostanie oddane z rocznym opóźnieniem. Ktoś powie: to jak z traktorem i jego urwanym kołem. Ale moim zdaniem lepiej posiadać traktor z trzema kołami, niż go wcale nie mieć. Może i na razie stoi, ale przecież wcześniej czy później się go przecież naprawi…

W sporcie trwają pierwsze prezentacje zespołów 2014 i bolidów Formuły 1. O ile nazwiska kierowców były znane wcześniej, o tyle trwają roszady na stanowiskach kierowniczych. W F1 nowe regulaminy – więc zmieniają się „nosy”, spojlery i oczywiście oklejenie samochodów, dostosowane do nowych sponsorów. Wszystko to wypiera na dalszy plan skandale, choćby zbliżający się proces w Niemczech Berniego Ecclestone’a. Już się jednak mówi, że sprawa łapówki wręczonej przez ekscentrycznego miliardera rozpłynie się, zakończy się symboliczną karą. Zobaczymy. Do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze trochę czasu, a i brak Roberta Kubicy w stawce kierowców wyraźnie zmniejsza w Polsce zainteresowanie najważniejszą serią wyścigów.

Jest jeszcze Rallye Monte Carlo Historique, czyli 17. rajd po słynnych trasach w samochodach historycznych. Z udziałem ośmiu polskich załóg, w tym pięciu w Fiatach 125p. Tam nie jeździ się z zabójczymi prędkościami, ale rywalizacja jest nie mniej łatwa – liczy się precyzja. Dla naszych zawodników, byłych czynnych rajdowców i „ścigantów”, to wielka przygoda. Dla kibiców wielka gratka. Bo można zobaczyć dawnych mistrzów i legendarne samochody. Dlatego jak się okazuje, zainteresowanie tym rajdem w Europie jest nawet większe niż tym prawdziwym RMC. W Polsce chyba nie. Magia czasów, gdy Warszawa była miastem startowym i kawalkada aut jechała przez nasz kraj w kordonach widzów pozostała tylko w nas, „leśnych (czytaj: rajdowych) dziadkach”… Szkoda!

ANDRZEJ KARACZUN